Podczas śniadania
rozlega się dzwonek do drzwi.
- Otworzę. -
oznajmia tata i rusza korytarzem. - To znowu Ty!? - wydaje się zaskoczony.
Wyglądam zza rogu
i zauważam Pickera. Ich spotkanie nie skończy się dobrze.
- Przyniosłem
tylko klucze. - odpiera, podając mu przedmiot.
- Tylko...
Tylko... - burczy ojciec pod nosem. - Mógłbyś się raczej zainteresować swoim
dzieckiem, a nie! - policzkuje go.
Nie mogę już tego
znieść, więc robię krok do przodu.
- Dość tato. -
kładę mu rękę na ramieniu. - Myślę, że to sprawa tylko pomiędzy mną a Robbiem.
- dodaję i spoglądam na chłopaka.
- Rena ma rację. -
wtrąca się Nia.
- Jak zawsze... A
potem ryczy po nocach. - tata jest uparty.
- Nie wiem czy to
miałoby sens. - mama staje na środku. - Jesteś nic nie wartym śmieciem, wiesz?
Nie zasługujesz na nic, więc odejdź. - popycha Robbiego do wyjścia.
- Mamo! - oburzam
się i chwytam Pickera za rękę.
- Nie Pyrena.
Odpuść go sobie. - odsuwa mnie od niego. - Powinnam Cię była wczoraj zabić, ale
nie... Głupia dwubiegunowość akurat miała ochotę na bycie miłą. Nigdy nie
przestanę tego żałować! - wyrywa z dłoni Kenny'ego klucze.
- Wiesz co
sąsiedzi o nas mówią? - Nia staje pomiędzy rodzicami, a mną trzymającą
Robbiego. - Mówią, szaleństwo robi to co
skończyłaś wcześniej...
- O co jej chodzi?
- szepta mi na ucho Picker.
- Nasza matka jest
chora psychicznie i zdarza się, że zachowuje się głupio. Już raz próbowała
zabić kogoś... Właściwie, to chłopaka Nii. Obiecała, że z tym kończy, że będzie
się leczyć, ale jest coraz gorzej... Dlatego tak mówią. - wyjaśniam mu szeptem,
podczas gdy siostra próbuje uspokoić rodziców. - Wiesz, lepiej będzie jeśli
wyjdziemy gdzieś indziej porozmawiać. - proponuję.
Chwilę później
siedzimy w salonie chłopaka, popijając ciepłą ziołową herbatę.
- Więc... Nie wiem
od czego zacząć... - Robbie spuszcza wzrok na podłogę.
- Może od zwykłego
"przepraszam"? - sugeruję.
- Masz rację. -
chwyta moją dłoń. - Przepraszam Pyrena.
- Co dalej z nami?
- pytam, patrząc mu w oczy.
- Nie wiem. To
trudne. - odpiera.
Ma rację. To
trudne. Znamy się krótko, niezbyt dobrze, ale stało się jak stało.
- Wiesz… Możemy
spróbować stworzyć rodzinę, jeśli tylko będziesz chciał… - proponuję.
- To dobry pomysł,
wiesz? Chciałbym być z Tobą tak jak nie byłem. Po prostu… Cała ta sytuacja z
Jordanem w sklepie… Nie wiedziałem co myśleć. Poczułem się oszukany, zdradzony…
Przepraszam, że nie chciałem Cię potem wysłuchać. Przepraszam. - szepta.
- Ja też
przepraszam… Nie powinnam wtedy tego odwzajemnić, zwłaszcza wiedząc, że jesteś
tam i coś miedzy nami iskrzy. - przybliżam się do niego.
- To twój były,
niełatwo przecież zapomnieć. Jest okay. - mówi ściszonym głosem.
- Ale chyba mi już
przeszło… - dodaję ze śmiechem i delikatnie muskam jego wargi. - Kocham Cię,
Robbie...
Ale słodki rozdział! <3
OdpowiedzUsuńAna tu wygrała życie - "Głupia dwubiegunowość" ;)
Pozdrawiam i czekam co dalej.